Bloog Wirtualna Polska
Są 1 269 992 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O autorce

Regina Brett w wieku 50 lat napisała felietony o 50 lekcjach, które dało jej życie. Autorka przeplata własne przeżycia z doświadczeniami ludzi spotkanych na swojej krętej drodze; przywołuje ważne d...

więcej...

Regina Brett w wieku 50 lat napisała felietony o 50 lekcjach, które dało jej życie. Autorka przeplata własne przeżycia z doświadczeniami ludzi spotkanych na swojej krętej drodze; przywołuje ważne dla siebie postaci, znaczące książki i filmy, inspirujące modlitwy i wypisy z lektur; przypomina o sile psalmów i prostych sentencji. Regina Brett pisze od 1986 roku. Za felietony drukowane na łamach największej gazety w Ohio, „The Plain Dealer”, otrzymała wiele krajowych i stanowych nagród. Była też dwukrotnie nominowana do nagrody Pulitzera w dziedzinie reportażu.

schowaj...

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to

Lekcja 42.

środa, 19 grudnia 2012 15:41

 

Pozbądź się wszystkiego,

co nie jest pożyteczne, piękne lub radosne

 

Wyrzucanie czegokolwiek jest wbrew mojej naturze. Moi rodzice wychowywali się podczas Wielkiego Kryzysu, dlatego wszystko chomikowali. Zaznawszy biedy w dzieciństwie, nauczyli nas nigdy niczego nie wyrzucać. Garaż taty był świątynią gospodarności, piwnica mamy – kaplicą oszczędności. Dziurawe skarpety? Przydadzą się na szmaty. Poplamione koszule? Można je nosić pod swetrem. Dżinsy z przetartymi kolanami? Nadadzą się na szorty.

 

Wystarczy otworzyć moją szafę, żeby się przekonać, że jestem ich nieodrodną córką. Chciałabym zrobić tam porządek, ale powstrzymują mnie przed tym wszystkie dawne Reginy, na które natykam się między wieszakami.

 

Regina sportsmenka nie potrafi się rozstać z nakolannikami, butami siatkarskimi, łyżworolkami, łyżwami i całą kolekcją staników sportowych, które utwierdzają ją w przekonaniu, że wciąż ma szansę na karierę sportową, choć nie zrobiła jeszcze żadnego kroku w tym kierunku.

 

Modna Regina ma czarną spódniczkę z lycry, która wygląda wspaniale przez pierwsze trzy godziny. Rozciąga się odpowiednio, żeby pomieścić siedzenie – niestety, nie ściąga się z powrotem, więc kiedy wstaje, wygląda jakby schowała pod spódnicą dwóch pierwszoklasistów.

 

Młodsza Regina wyglądała świetnie w stroju cheer­leaderki, czyli szarej, plisowanej z przodu mini. Czas się pożegnać z nią i z butami za osiemdziesiąt dolarów na dwunastocentymetrowym obcasie, w których ma wrażenie, jakby chodziła na szczudłach po lodzie.

 

Seksowna Regina jest przekonana, że kiedyś będzie wyglądała identycznie jak kobieta z billboardu z reklamą bielizny, jeśli tylko włoży czarny usztywniany biustonosz albo czarną elastyczną halkę, w której musi być na wdechu.

 

Nostalgiczna Regina zachowuje wszystkie przedmioty, z którymi wiąże się jakaś historia, na przykład czapeczki baseballowe dla panny młodej i pana młodego, które dostaliśmy w prezencie ślubnym. Czy możemy je jeszcze nosić? Przecież nadal czujemy się jak nowożeńcy. Albo jaskraworóżową tunikę, którą miałam na sobie, gdy poznałam mojego przyszłego męża. On twierdzi, że to była miłość od pierwszego wejrzenia. Dzięki Bogu, miłość jest ślepa.

 

W końcu Regina realistka przejmuje stery i postanawia, że czas pozbyć się wszystkiego, czego nie założyłam od pięciu lat. Układam stertę rzeczy do oddania. Góra ubrań rośnie. Po wszystkim czuję się jak nowo narodzona. Uporządkowałam swoje życie. A przynajmniej szafę.

 

Kilka lat później wzięłam się za cały dom, bo nasze rupiecie namnożyły się niekontrolowanie i zaczynało brakować miejsca dla nas. Święty Benedykt napisał kiedyś, że nieużywane ubrania, które trzymamy w piwnicach, na strychach i w szafach, należą do biednych. Nie jestem pewna, czy biedacy marzyli o dziesiątkach różowych koszulek, które zebrałam przez lata marszów na rzecz walki z rakiem piersi, ale i tak je im przekazałam.

 

Przez trzy miesiące pracowałamjak oszalała, odgruzowując dom od góry do dołu. Zaczęło się od tego, że wyrzuciłam dwa paskudne krzesła: musztardowożółte krzesło biurowe oraz krzesło stołowe w stylu wczesnoamerykańskiej brzydoty. Kiedy postawiłam je obok śmietnika do wywiezienia, zauważyłam, że sąsiedzi urządzają w domu wyprzedaż z okazji przeprowadzki.

 

Widząc, że mam potencjalnych nabywców, wystawiłam przed dom wszystkie rupiecie z piwnicy. Stary stolik kawowy, świetlik dachowy, fotel bujany, wieżę stereo i zabytkową zieloną marmurową lampę, którą kiedyś sama zgarnęłam sprzed czyjegoś domu. Wystarczyło zamontować kabel z wtyczką, żeby móc z niej korzystać, ale przeleżała rok w piwnicy i nikt się do tego nie zabrał, więc trafiła na wyprzedaż.

 

Lampę natychmiast złapał mój sąsiad. Piętnaście minut później stała już przy jego śmietniku. Żona nie wpuściła go z nią do domu. Okazuje się, że czasem rupieć nie zasługuje na drugie życie.

 

Wyrzuciłam rękawiczki i skarpetki bez pary, nadgryzione przez mole kapelusze i szale, świeczki, które stopiły się w piwnicy, i materiał na sukienkę, który dwadzieścia lat wcześniej przypięłam szpilkami do wykroju. Nawet nie wyciągnęłam z niego szpilek.

 

Przeglądając dobytek, zadawałam sobie cztery pytania: Czy to mi się jeszcze przyda? Czy to mi się jeszcze podoba? Czy to wzbogaca moje życie? Gdybym mogła to dostać za półdarmo na wyprzedaży garażowej, czy chciałabym to mieć? To ostatnie pytanie było decydujące. Prawie wszystko poszło do wyrzucenia.

 

Wystawiłam swoje rzeczy przed dom, a nieznajomi je stamtąd zabrali. Do południa nie było po nich śladu. Teraz dom wydawał się gotowy. Na co? Byłam pewna, że wkrótce się przekonam.

 

Dzięki takim porządkom uwalniamy się od przeszłości. Na co robimy miejsce? Na nowe sposoby spędzania wolnego czasu, nową miłość, nowe pomysły i nowy spokój ducha. Na nowe zainteresowania, nowych przyjaciół, nowe cele. Kiedy pozbędziesz się nadmiaru rzeczy, będziesz mógł cieszyć się istotą życia, wszystkim, co piękne i ważne, co wzbogaca twoje życie.

 

Kiedy wreszcie pożegnasz się z osobą, którą byłeś kiedyś, odkryjesz osobę, którą jesteś dziś, i osobę, którą chcesz się stać.

 

Przekł. Olga Siara


Podziel się
oceń
18
1

komentarze (25) | dodaj komentarz

Lekcja 26.

poniedziałek, 10 grudnia 2012 15:47

 

Każdą tak zwaną katastrofę kwituj słowami:

„Czy za pięć lat to będzie miało jakieś znaczenie?”

 

 

Przyjrzyj się temu, co dziś nazywasz problemem, katastrofą albo kryzysem, i zadaj sobie następujące pytanie: Czy za pięć lat będzie to miało jakieś znaczenie?


Odpowiedź najczęściej brzmi: „nie”.


Przypomnij sobie studia. Mnie zrobienie licencjatu zajęło dwanaście lat. Czy fakt, że trwało to tak długo, ma dziś jakiekolwiek znaczenie? Nie.


Chciałam zostać strażnikiem leśnym i musiałam zaliczyć dwadzieścia pięć godzin chemii. Oblałam pierwsze zajęcia. Potem dostałam słabą ocenę z zoologii i z psychologii dziecięcej. Uznałam to wówczas za porażkę. A potem było jeszcze gorzej. Zaszłam w ciążę i rzuciłam szkołę. Ale kiedy wróciłam na studia sześć lat później, uniwersytet przyjął strategię „amnestii akademickiej”. Wykreślili mi te stopnie z indeksu. Voilà. Natychmiast podskoczyła mi średnia.


Zbyt często zadręczamy się błahostkami.


Strasznie boli cię głowa, masz okropne skurcze albo poważne zapalenie zatok, przez które z trudem zwlekasz się z łóżka. Przez całą noc przewracasz się z boku na bok, zastanawiając się, czy z powodu choroby wziąć wolne w pracy. Weź. Jakie znaczenie będzie miało za pięć lat, że zrobiłeś sobie wolny dzień?


Musisz złożyć referat, z którego nie jesteś w stu procentach zadowolony. Przygotowałeś go najlepiej, jak mogłeś, ale nie tak dobrze, jak planowałeś. Zamierzałeś napisać dziesięć stron, a wyszło tylko dziewięć. Wyluzuj się. Czy za pięć lat to będzie miało znaczenie?


Chciałabyś wrócić do pracy, ale karmisz dziecko piersią – boisz się więc, że gdy przestaniesz, to wywołasz u córeczki jakiś uraz. Czy nie poczuje się odrzucona? Czy butelka nie zniszczy więzi między matką i dzieckiem? Za pięć lat to nie będzie miało żadnego znaczenia. Ważne, że kochasz swoją córkę.


Dwuletni synek mojej przyjaciółki miał bzika na punkcie smoczka. Przysysał się do niego jak odkurzacz. Smoczek mógł zepsuć mu zgryz, ale matka martwiła się, jak mały będzie bez niego spać. W końcu oznajmiła mu, że wyśle smoczek dziecku, które bardziej go potrzebuje. Któregoś dnia jej synek się z tym pogodził i od tej pory nie miał już problemów z zasypianiem.


Rodzice stale przez to przechodzą. Zamartwiają się, bo ich dziecko jeszcze nie chodzi, a dziecko znajomych już tak. Jakie znaczenie będzie miało za pięć lat, czy pierwszy krok zrobiło mając dziewięć, czy czternaście miesięcy? Tak czy inaczej, nie będzie raczkować do przedszkola. To samo z nocnikiem. Rodzice denerwują się, że ich półtoraroczna pociecha ciągle nosi pieluchy albo zdarzają się jej wypadki w wieku dwóch lat. Spokojnie. Żadne dziecko nie idzie do pierwszej klasy w pieluszce.


Spróbuj tak podejść do rozmów o pracę, randek i stopni w szkole. Czy to będzie miało znaczenie za pięć lat? A za pięć minut? Raczej nie.


A jeśli chodzi o coś poważniejszego? Jeśli gra toczy się o wyższą stawkę? Jeśli od naszej decyzji zależy los innych ludzi? Zasada wciąż obowiązuje. Czasem trzeba się zatrzymać i zadać sobie pytanie: Co w tym zdarzeniu, problemie, incydencie okaże się najważniejsze za pięć lat? Właśnie tak postąpił pewien trener, udzielając swojej drużynie fantastycznej lekcji. Lekcja była trudna, ale jego zawodnicy nie zapomną jej do końca życia.


Kerry Coombs, trener drużyny futbolowej w Liceum Colerain w Cincinnati, poprowadził swój zespół do trzynastu zwycięstw w trzynastu meczach. Jego chłopcy zmiażdżyli poprzedniego przeciwnika 49 do 7. Zawodnicy wkładali w każdy mecz całą duszę i już tylko dni dzieliły ich od mistrzostw stanowych, które dla szkół średnich miały rangę Super Bowl. Gdziekolwiek pojawiał się trener, ludzie gratulowali mu sukcesów. Przez cały weekend myślał tylko o mistrzostwach.


Wszyscy ekscytowali się wielkim sobotnim meczem, dopóki pewien absolwent tej szkoły, oglądając skróty sportowe w telewizji, nie powiedział do matki:

– Ejże! Chodziłem z tym chłopakiem do ósmej klasy. Ciekawe, co on jeszcze robi w szkole średniej.


Matka, pracowniczka szkoły, zadała to samo pytanie szkolnemu psychologowi. Ten sprawdził dokumenty chłopca i okazało się, że zawodnik nie zdał w dziewiątej klasie i piąty rok chodzi do liceum. A to oznaczało, że nie może należeć do drużyny sportowej. Powiadomił o tym trenera, dyrektora i kuratora.


Poza tymi czterema osobami nikt nie wiedział, że chłopiec nie może grać. Nie miało znaczenia, że należał do drużyny futbolowej tylko dwa lata. Ani to, że miał problemy rodzinne i w dziewiątej klasie rzadko pojawiał się w szkole. Nie było ważne, że dawniej dostawał fatalne stopnie, a teraz wreszcie się podciągnął, nawiązał nowe przyjaźnie i starał się zrobić coś ze swoim życiem.


Reguły były jasne. Gdyby trener zgłosił to naruszenie przepisów władzom stanu, jego drużyna nie mogłaby zagrać w wielkim meczu.


– Nie była to łatwa decyzja – powiedział mi trenerCoombs. – Muszę szczerze przyznać, że chwilami w mojej głowie pojawiała się myśl: „Przecież wiedzą o tym tylko cztery osoby”. Ale ostatecznie nie mógłbym z tym żyć. Byłoby o wiele gorzej, gdyby nasi uczniowie dowiedzieli się, że świadomie zrobiliśmy coś złego, zatajając prawdę. Nie mógłbym już spojrzeć tym dzieciakom w oczy.


Szkoła zgłosiła naruszenie reguł władzom stanu. Potem trener wezwał wszystkich zawodników do audytorium. Wszystkich poza jednym. Drugi trener zawiózł gracza, o którego chodziło, do domu, żeby przekazać mu smutną wiadomość na osobności. Drużyna wiedziała, że sprawa jest poważna, bo trener Coombs poprosił, żeby się pomodlili. Kiedy powiedział zawodnikom, co się stało, w oczach stanęły im łzy. Potem trener zabrał wszystkich na boisko, żeby zakończyć sezon. Stali tam w swoich szkolnych mundurkach, otoczeni pustymi trybunami, i rzucali piłkę.


Zrobił to, co na jego miejscu zrobiłby każdy wielki trener. Zamienił tę sytuację w lekcję.


– Nikt nie umarł, nikt nie został ranny. Życie toczy się dalej – oświadczył. – Jeszcze nieraz spotka was taka przykrość i rozczarowanie jak dziś. Prawdziwą miarą człowieka jest to, jak po upadku podnosi się z ziemi.


Te wydarzenia odbiły się szerokim echem w lokalnej społeczności, a nazwisko zdyskwalifikowanego gracza powtarzano w telewizji, radiu i gazetach. Wydano nawet nakaz aresztowania, ponieważ okazało się, że nie spłacił równowartości skradzionych kiedyś przedmiotów. Nie miał pieniędzy. Trener zawiózł go na komisariat, żeby mógł się oddać w ręce policji. Chłopak był zdruzgotany. Trener też. Przedwcześnie zakończyć sezon futbolowy to jedno, ale patrzeć, jak życie młodego chłopaka legnie w gruzach, to co innego.


– Przeszedł taką długą drogę – powiedział trener. – Ludzie zapominają, że to jeszcze dzieciak. Może i skończył osiemnaście lat, ale nadal jest dzieciakiem.


Trenerzy byli tak zajęci podwożeniem go do szkoły, pomaganiem mu w odrabianiu lekcji i cotygodniowym sprawdzaniem jego stopni – ogólnie rzecz biorąc, budowaniem w chłopcu poczucia własnej wartości – że nikt się nie zastanawiał, czy może należeć do drużyny.


Co było dalej? Z całego stanu do szkoły napływało jedzenie, faksy i kwiaty. Nawet władze innych szkół średnich zaoferowały wsparcie. Ludzie przekazywali pieniądze, żeby zdyskwalifikowany uczeń mógł pokryć swoje zobowiązania.


Trener Coombs się na to nie zgodził. Poprosił za to, jak przystało na trenera:

– Lepiej dajcie mu pracę.


Sprawił, że dla drużyny był to zwycięski sezon, który zawodnicy zapamiętali na długo po ukończeniu szkoły. Wiedział, że za pięć lat, kiedy będą na uniwersytecie, stracony sezon futbolowy, który mógł im przynieść mistrzostwo stanu, nie wyda im się katastrofą. Okaże się lekcją uczciwości i szczerości, która przyda im się w życiu dużo bardziej niż jakiekolwiek zwycięstwo na boisku.

 

Przekł. Olga Siara

 

 

 


Podziel się
oceń
10
1

komentarze (14) | dodaj komentarz

Lekcja 25.

środa, 05 grudnia 2012 10:19

 

Nikt prócz ciebie nie odpowiada za twoje szczęście.

Jesteś menedżerem własnej radości

 


Mężczyźni nie potrafią czytać w myślach.

 

Wszystkie kobiety o tym wiedzą, a mimo to zbyt wiele z nich zmusza mężów, chłopaków i kochanków, żeby zmierzyli się z tym niemożliwym zadaniem. 


Weźmy na przykład walentynki, najbardziej rozczarowujący dzień po Sylwestrze. Ile kobiet wie dokładnie, co chciałoby dostać, ale nie daje ukochanemu żadnej wskazówki?


Spodziewasz się pudełka czekoladek Godiva, on kupuje ci jadalną bieliznę. Marzysz o wyjściu do teatru, on zabiera cię na mecz baseballu. Masz ochotę na kolację przy świecach, on przynosi do domu danie na wynos.

 

Kobiety i mężczyźni byliby dużo szczęśliwsi, gdyby czytali we własnych myślach i troszczyli się o swoje osobiste potrzeby i pragnienia. 


Przez wiele lat czułam się rozczarowana w swoje urodziny, walentynki, sylwestra i sobotnie wieczory, ponieważ miałam konkretne wyobrażenia na temat tego, co mój aktualny chłopak powinien zrobić, żeby mnie uszczęśliwić. Problem polegał na tym, że przed nikim się z nimi nie zdradzałam. Nawet przed samą sobą. Kiedy pytał, jaki film chciałabym obejrzeć, wzruszałam ramionami, nie zaglądając nawet do repertuaru. Na pytanie, gdzie chciałabym zjeść, odpowiadałam, że wszystko mi jedno, chociaż miałam ochotę na pizzę od Luigiego albo na meksykańskie jedzenie z Luchity.

 

Dlaczego nie mówiłam po prostu, czego chcę? Bo kiedy z rzadka zdobywałam się na odwagę, żeby to wyjawić, a potem i tak tego nie dostawałam, wpadałam w rozpacz. Chcąc uniknąć owego uczucia, ukrywałam swoje pragnienia i marzenia. Jeśli się z nimi nie zdradzisz, i tak będzie szansa, że się spełnią. To dziwna gra, którą często stosują kobiety, choć niemal zawsze bez powodzenia. 


Ja w końcu znalazłam rozwiązanie tego problemu. Kiedy ktoś zapyta, czego chcesz, zamiast zaprzeczać, że masz jakiekolwiek pragnienia, zamiast ukrywać największe marzenie z obawy, że się nie ziści, wypróbuj nową taktykę: zapytaj sam siebie, co sprawiłoby ci prawdziwą przyjemność. Nie poprzestawaj na jednym czy dwóch pomysłach. Wymyśl dla pytającego trzy propozycje, z których wszystkie ci się podobają. W ten sposób pozostawiasz mu wybór, ale w każdej sytuacji wygrywasz.


Jeśli chodzi o randki, pracę, małżeństwo, wychowywanie dzieci i każdy związek, w którym się znajdziesz, lepiej od razu przejmij odpowiedzialność za własne szczęście, ponieważ jedyną osobą, która potrafi cię uszczęśliwić, jesteś ty sam. Skup swoje siły na tym, żeby stworzyć dla siebie życie, o jakim marzysz, zamiast czekać, aż ktoś poda ci je na talerzu. Skończ studia. Zacznij robić karierę. Zastanów się, co sprawia ci radość, i wybieraj to każdego dnia. 

 

Nikt inny na tej planecie nie może cię uszczęśliwić. Ani twoja matka, ani ojciec, małżonek, partner, dziewczyna, chłopak, dzieci, szef, koledzy z pracy, przyjaciele czy horoskop. To twoje i tylko twoje zadanie.

 

A wszystko zaczyna się od decyzji, żeby być szczęśliwym.


Kiedy poczujesz, że ogarnia cię strach, rozpacz i przygnębienie, gdy będziesz siedział smutny i użalał się nad sobą, po prostu skończ z tym i zadaj sobie to pytanie: Czy chcesz być szczęśliwy?


Odpowiedź nie powinna brzmieć: „Tak, ale…”. 


Żadnych „ale”.


Wszystko zależy od ciebie.


Wybierz szczęście, właśnie tu i teraz. Kiedy chcesz się otrząsnąć ze złego nastroju, zastanów się: Co zrobiłby teraz ktoś szczęśliwy? 


Ćwicz bycie szczęśliwym. Zachowuj się tak, jakbyś czuł szczęście. 


Wprowadź odrobinę szczęścia do swojego planu dnia i tygodnia. Raz w tygodniu rozpieszczaj sam siebie. Wygospodaruj na to godzinę. Nazwij ją godziną piękna. Godziną ekscytacji. Godziną spokoju. 


Wyobraź sobie swój wymarzony dzień, a potem go przeżyj. Włóż ulubiony strój. Utnij sobie drzemkę. Nie śpij do późna. Zjedz pizzę na śniadanie. Zaprojektuj idealny dzień tylko dla siebie. 


Idź na masaż. Zrób sobie pedikiur. Zaszalej. Pomaluj każdy paznokieć u nóg na inny odcień czerwieni. Kup nową bieliznę. Wyrzuć majtki, w których jest więcej dziur niż w serze szwajcarskim. Zasługujesz na coś lepszego. 


Zadzwoń po przyjaciół i zaproś ich na przyjęcie w stylu: „Przyjdź tak, jak stoisz”. Poproś wszystkich, żeby przynieśli jakieś danie z czekolady.


Stwórz dla siebie w domu sanktuarium, prywatne miejsce, w którym będziesz się modlić, marzyć, tworzyć. Przysuń krzesło do okna. Powieś tam paprotkę albo ustaw fiołki. Rozłóż ulubione książki.


Ułóż się wygodnie i poczytaj sonety miłosne. Poleż w wannie w pianie. Albo weź gorącą kąpiel przy świecach. Zetnij świeże kwiaty i ustaw je na szafce nocnej. 


Rozśmieszaj samego siebie. Oglądaj seriale komediowe, kup kilka komiksów, posłuchaj starej płyty Billa Cosby'ego.


Zaproś siebie na randkę. Zaplanuj ze sobą cały wieczór. Zamów ulubione wino, przystawkę, danie główne i deser. A kiedy kelner zapyta: „Stolik dla jednej osoby?”, odpowiedz: „Tak!” z radością zamiast wstydu. 


Posłuchaj muzyki, którą uwielbiałeś w szkole średniej. Nagraj sobie płytę z ulubionymi piosenkami. Zatytułuj ją: „Ścieżka dźwiękowa mojego życia”. 


Wypisz dwadzieścia najlepszych rzeczy, które cię dotąd spotkały. Potem dodaj dwadzieścia rzeczy, o których wciąż marzysz, wybierz jedną z nich i zrób coś, co pomoże ci ziścić to marzenie. 


Napisz do siebie list od dziecka, którym byłeś, mając sześć lat. Co powiedziałby tamten sześciolatek dorosłemu, którym jesteś dziś? Użyj grubej kredki i pisz lewą ręką (jeśli jesteś leworęczny, pisz prawą). 


Przestaw meble w sypialni. Wpuść do pokoju więcej promieni słońca i blasku księżyca. Powieś w rogu migocące światełka. 


Wsłuchaj się w swoje rozmowy z samym sobą. Jeśli są nieprzyjemne, zmień to. Napisz dla siebie nowy scenariusz. Rozklej karteczki z pozytywnymi hasłami w całym domu. Ukryj je też w schowku w samochodzie, apteczce, zamrażarce, suszarce i szufladzie ze skarpetkami.


Pozbieraj wszystkie przechowywane luzem zdjęcia i zrób z nich album albo kolaż, przedstawiający ludzi, których naprawdę kochasz najbardziej. 


Kiedy zadbasz o własne potrzeby i pragnienia, przestaniesz zadręczać innych wygórowanymi oczekiwaniami. Nie będziesz już szukać u nich czegoś, czego ci brakuje. Przyjdziesz zaspokojony, przynosząc im coś, czym możesz się z nimi podzielić, co wzbogaci obie strony.Sam odpowiadasz za własne szczęście – zaakceptuj to i ciesz się tym. Zostałeś oficjalnie mianowany meneżerem swojego losu. Jak wyjaśnił mi jeden z przyjaciół, możesz być albo szczęśliwy, albo zrozpaczony. Jedno i drugie wymaga tyle samo wysiłku.

 

Przekł. Olga Siara


Podziel się
oceń
6
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Lekcja 21.

wtorek, 27 listopada 2012 9:21

 

Zapal świece, śpij w lepszej pościeli,

włóż elegancką bieliznę.

Nie czekaj na specjalną okazję –

wystarczającą okazją jest dzisiejszy dzień

 

Nie odkurzam już świec.

 

Kiedyś musiałam to robić. Dostawałam od przyjaciół cudowne świece o zapachu jabłek z cynamonem, francuskiej wanilii czy łanu zbóż oraz aromaterapeutyczne, przynoszące spokój, miłość i harmonię wewnętrzną, z zatopionymi liśćmi i płatkami róż. Nie zapalałam żadnej z nich.

 

Nie chciałam ich zużyć, więc pozostawało mi tylko ścieranie z nich kurzu. Miesiąc po miesiącu, rok po roku. Kiedyś dostałam świeczkę wstawioną w szklaną kulę i otoczoną polnymi kwiatami. Stała u mnie wiele lat, aż któregoś dnia ścierając kurze odkryłam, że wosk stopił się na słońcu.

 

Wiedziałam, że nie powinnam oszczędzać świec na później. Dorastając, zaczytywałam się w tekstach Ermy Bombeck, ulubionej felietonistki mojej mamy. To były pierwsze felietony, z którymi się zetknęłam. Erma była humorystką, gospodynią domową i jedyną pisarką, która sprawiała, że moja mama wybuchała śmiechem. Mama miała wszystkie jej książki. Kiedy Erma zachorowała na raka piersi, jej teksty stały się jeszcze bardziej przejmujące. Dwa lata później jej nerki przestały pracować z powodu choroby genetycznej. Zmarła po przeszczepie.

 

W jednym ze swoich najlepszych felietonów opisała, co zrobiłaby w życiu inaczej, gdyby miała okazję zacząć wszystko od nowa. Zawsze po jego lekturze obiecywałam sobie, że zastosuję się do jej rad.

 

Postanawiałam nie sprawdzać skrzynki e-mailowej, kiedy rozmawiam z mamą przez telefon, robić jedną rzecz na raz i żyć chwilą obecną, a w samochodzie wyłączać telefon komórkowy i rozkoszować się widokiem za oknem.

 

Obiecywałam sobie spędzać więcej czasu na świeżym powietrzu i nie narzekać, że włosy skręcają mi się na deszczu, a przez wilgoć opada mi grzywka.

 

Planowałam częściej palić w kominku, nie przejmując się tym, jak zimno zrobi się później w domu i jak bardzo nadymię w salonie.

 

Zamierzałam być bardziej spontaniczna i przychodzić do przyjaciół na organizowane w ostatniej chwili kolacje, mniej mówić o sobie i więcej słuchać o tym, co się dzieje u nich.

 

Ale nigdy nie dotrzymywałam tych obietnic. Dopóki nie zachorowałam na raka.

 

Kiedy miałam 41 lat, wyczułam w prawej piersi guzek wielkości winogrona. Drugie stadium agresywnego raka. Niedługo potem byłam łysa, chora i wyczerpana dwiema operacjami, czterema turami chemioterapii i sześcioma tygodniami codziennych naświetlań. Ale za to żyłam. Dostałam szansę na całkiem nowe życie.

 

Rak to wspaniała pobudka. Wyrwał mnie z letargu. Kazał mi zdjąć metkę z nowej bielizny i założyć tą czarną koronkową halkę. Otworzyć szkatułkę z biżuterią i włożyć perły. Napalić w kominku. Zużyć kulki z olejkiem do kąpieli, zanim wyschną na wiór w koszyczku na toalecie. Zapalić świece.

 

Noszę w portfelu swoje zdjęcie z łysą głową. Ma mi przypominać, że każdy dzień na nogach to dobry dzień. Myślę też o tym codziennie, patrząc na miejsce, gdzie miałam piersi. Blizny uświadamiają mi, że każdy ma datę ważności, przydatności do spożycia. Choć nie ostemplowano nas niczym kartonu mleka czy kubeczka serka wiejskiego, wszyscy jesteśmy śmiertelni. Nikt nie żyje wiecznie.

 

Dzięki rakowi nauczyłam się nie oszczędzać nic na wyjątkowe okazje, bo każdy dzień jest wyjątkowy. Wykorzystaj wszystko, co masz, już dziś. Tak przynajmniej radzi pisarka Annie Dillard.

 

Jej myśli, zawarte w książce The Writing Life („Życie pisarza”) odnoszą się nie tylko do pisania, lecz także do życia.

 

Annie radzi pisarzom wykorzystywać wszystkie pomysły od razu. Nie zostawiaj żadnej anegdoty, akapitu, cytatu ani pomysłu na początek albo koniec jakiejś lepszej powieści, wiersza czy opowiadania, które planujesz napisać kiedyś w przyszłości. Skoro chcesz użyć ich teraz, to znaczy, że powinieneś.

 

To wymaga wiary. Musisz uwierzyć, że kiedy wykorzystasz dobre pomysły, przyjdą ci do głowy kolejne. Studnia znów się wypełni.

 

Na moich półkach stoją całe rzędy pamiętników i dzienników, czekających na właściwy moment, właściwy projekt, właściwą książkę. Czekają i czekają. Jak długo będę czekać? A ty?

 

Frank McCourt miał 66 lat, kiedy opublikowano jego debiutanckie Prochy Angeli. Laura Ingalls Wilder wydała swoją pierwszą książkę w wielu 65 lat. Artystka folkowa Grandma Moses zaczęła karierę malarską po siedemdziesiątce.

 

Duże wrażenie zrobiła na mnie informacja, że Michał Anioł zostawił swojemu młodemu uczniowi imieniem Antonio następującą notatkę, będącą zarówno ostrzeżeniem, jak i zachętą: „Rysuj, Antonio, rysuj, Antonio, rysuj i nie trać czasu”.

 

Wyobraziłam sobie, że wkładam za lustro kartkę z napisem: „Żyj, Regino, żyj, Regino, żyj i nie trać czasu”.

 

Nie musisz zachorować na raka, żeby zacząć żyć pełnią życia. Życie jest za krótkie, żeby marnować je na nudne sprawy, które nie sprawiają ci przyjemności. Odkąd zachorowałam, moja filozofia brzmi: koniec z traceniem czasu. Koniec z brzydkimi ubraniami. Koniec z nudnymi filmami. Wyrzuć je ze swojego życia. Zastąp je radością i pięknem.

 

Dzięki rakowi nauczyłam się dwóch ważnych słów oraz tego, kiedy ich używać. Teraz potrafię powiedzieć: „tak” i „nie” kiedy trzeba. Gdy przyjaciele zapraszają mnie na imprezę, na którą nie mam ochoty, odpowiadam: „Nie, ale dziękuję za propozycję”. Koniec ze zgadzaniem się na coś, czego nie chcę robić. Zawsze pytam siebie: Czy warto poświęcić na to kilka godzin mojego życia?

 

Dawniej mówiłam „tak”, kiedy chciałam powiedzieć „nie”, zwykle ze strachu, co pomyślą sobie o mnie ludzie, jeśli odmówię. Ale mówienie „nie” oznacza, że mogę również powiedzieć „tak”.

 

„Tak” prawdziwemu życiu, które kocham. „Tak” przebywaniu z ludźmi, których kocham najbardziej, żebym nigdy nie żałowała, że nie utrzymywałam z nimi kontaktu. „Tak” zapalaniu świec, noszeniu pereł, używaniu dobrej porcelany, spacerom w deszczu, robieniu orłów na śniegu, nawet jeśli potem wniosę do domu błoto albo śniegową breję.

 

Te trzy proste kroki mogą odmienić twoje życie:

 

Wybierz jedną rzecz, której powinieneś powiedzieć „nie”.

 

Może to być niezdrowe przywiązanie: do mężczyzny, do karty kredytowej, do sklepu z pączkami. Sam wiesz najlepiej, co to jest. Wybierz tę jedną rzecz. Co by się stało, gdybyś zaczął mówić „nie”? „Nie” projektom, których nie musisz wykonać osobiście. „Nie” każdemu w kościele, szkole albo pracy, kto prosi, byś poświęcił własny czas i zdolności kolejnej sprawie. Spójrz w swój kalendarz. Czy w tym miesiącu znalazłeś czas na coś, co naprawdę chciałbyś zrobić? Weź samoprzylepne karteczki i zaznacz w nim chwile dla siebie, chwile radości, pasji i miłości.

 

Wybierz jedną rzecz, której powinieneś i chcesz powiedzieć „tak”.


Może powinieneś pokochać samego siebie takim, jakim jesteś, ze swoją talią i całą resztą. Może przebaczyć komuś, za kim tęsknisz. Wrócić do szkoły, pójść na wcześniejszą emeryturę, spróbować umówić się znów na randkę. W głębi duszy wiesz, co to jest. Kiedy mówisz „nie”, możesz zacząć mówić „tak”. „Tak” spokojniejszym dniom, weekendowym wycieczkom, czytaniu świetnych książek, malowaniu farbami olejnymi, wycieczce na Hawaje, lekcjom gry na pianinie, pedicurowi. Powiedz „tak” temu wszystkiemu, co wzbogaca twoje życie i świat wokół ciebie. Nie chodzi o wielką rewolucję, tylko o kolejny mały krok. W którą stronę pójdziesz?

 

Opowiedz o twoich „tak” i twoich „nie” temu, kto wierzy w ciebie najbardziej. Zwierz się swojemu małżonkowi, przyjacielowi, któremuś z rodziców. Spraw, by stało się to realne.

 

Nie trzeba usłyszeć diagnozy „rak”, żeby zacząć żyć pełnią życia. Wystarczy zapalić świecę każdego dnia. To wspaniały sposób, żeby przypomnieć sobie, że życie jest krótkie, a jedyne, co się liczy, to chwila obecna. Wyjdź z kina z nudnego filmu. Odłóż książkę, która cię nie zachwyca.

 

Witaj każdy ranek z otwartymi ramionami, a każdej nocy ze szczerego serca dziękuj za minione dwadzieścia cztery godziny. Każdy dzień to cenny dar. Trzeba się nim delektować i z niego korzystać, zamiast oszczędzać go na przyszłość, która może nigdy nie nadejść.

 

Przekład: Olga Siara

 

 


Podziel się
oceń
7
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Lekcja 11.

poniedziałek, 19 listopada 2012 14:27

 

Pogódź się z przeszłością,

by nie psuła ci teraźniejszości

 

Czy zdarzają się wam takie dni, kiedy wszystko jest w porządku, a potem nagle się psuje?

 

Choć na zewnątrz nic się nie zmieniło, w środku czujemy się zupełnie inaczej. Stało się coś, czego nie potrafimy nazwać, i nagle zapadamy się głęboko w siebie.

 

Trudno powiedzieć, co wytrąciło nas z równowagi. Jakiś odgłos. Zapach. Przypadkowe zdanie. Coś tak błahego wystarczy, żebyśmy znów znaleźli się w swoim prywatnym piekle cierpienia, strachu i rozpaczy. Wszystko dzieje się tak szybko, że człowiek nawet nie wie, jak tam trafił. A czasem ma się wrażenie spadania w zwolnionym tempie, którego nie da się powstrzymać.

 

Co wywołuje taką reakcję?

 

Każdy jest wyczulony na coś innego, szczególnie ci, którzy w dzieciństwie byli wykorzystywani albo zaniedbywani w ten czy inny sposób. Mnie wystarczy taka błahostka jak zapach kredy i kartony mleka. Widok małych składanych krzesełek, podobnych do tych, na których siedzieliśmy w pierwszej klasie. Płacz dziecka w sklepie. Widok rozgniewanego rodzica, ciągnącego malucha przez parking. Odgłos ciała uderzającego o ciało w brutalnym filmie.

 

Czasami każda z tych rzeczy może wytrącić mnie z równowagi. Nagle czuję się przerażona i samotna, tracę kontakt z rzeczywistością. Nazywam to nagłym atakiem dzieciństwa. W mgnieniu oka przestaję być dorosłą, poukładaną osobą. Staję się bezbronna i przestraszona, i nie rozumiem dlaczego. Pewien terapeuta, który kiedyś pracował z weteranami wojny w Wietnamie, powiedział mi, że dorośli, którzy jako dzieci byli wykorzystywani lub zaniedbywani, mogą cierpieć na stres pourazowy. Przez lata nosimy w sobie krzywdy z dzieciństwa, które, niczym odłamki, torują sobie drogę wewnątrz ciała, żeby się z niego wydostać.

 

Dawniej potrzebowałam wielu dni, żeby wrócić do stanu równowagi. W tym czasie chodziłam do pracy, gotowałam obiad, bawiłam się z dzieckiem i usiłowałam normalnie funkcjonować, chociaż w środku czułam się tak, jakbym była na skraju załamania nerwowego. Jeszcze jedna kropla, a dzban goryczy przelałby się i zostałaby ze mnie tylko kałuża łez.


Dzieciństwo odciska piętno na każdym z nas. Większość ludzi wyniosła z tego okresu kilka ran – na tyle małych, że rzadko są podrażniane, a potem łatwo i szybko się goją. Inni mają psychikę przypominającą krajobraz księżycowy pełen głębokich kraterów, pozostawionych przez chorych psychicznie krewnych lub nauczycieli, przemoc domową czy molestowanie seksualne albo rękoczyny i furię rodziców, którzy jako dzieci też byli przez kogoś wykorzystywani lub zaniedbywani.

 

Poważne sprawy rzadko zbijają nas z nóg. Poważne sprawy można dostrzec z daleka i ich uniknąć. Jeśli widzisz lub słyszysz nadjeżdżający pociąg, schodzisz z torów i trzymasz się od niego z daleka. To drobiazgi wbijają cię w ziemię. To, czego nie zobaczysz, póki nie spojrzysz w lusterko wsteczne.

 

Pewnego dnia jak zwykle wjechałam do garażu. Mój mąż, który stał na podjeździe, powiedział, żebym przestawiła odrobinę samochód. Usłuchałam. Ale ciągle mu coś nie pasowało.

– Nie, jeszcze trochę – nalegał.

 

Mogłam się uśmiechnąć i przestawić wóz albo wręczyć mu kluczyki, żeby sam perfekcyjnie zaparkował. Zamiast tego poczułam, jak ogarnia mnie nagła furia, jakby podpalił króciutki lont ogromnej bomby. BUM! Nagle znów byłam dzieckiem. Dlaczego muszę być idealna? Dlaczego nigdy nie jestem dość dobra? Po co ja w ogóle się staram?

 

Ale zamiast wybuchnąć, zwykle tłumię wściekłość. Zamiast krzyczeć i wściekać się, zamykam się w sobie i płaczę. To stare łzy. Czuję, że płyną z innego źródła w moim wnętrzu. Boli mnie twarz, pulsują mi zatoki, a po wszystkim muszę iść spać.

 

Incydent z samochodem? Po kilku godzinach udało mi się odnaleźć w pamięci sytuację, z którą mi się skojarzył. Stoję na podjeździe rodziców. Tata chce, żebym pomogła mu wstawić telewizor do jego kombi. Telewizor jest ciężki i nieporęczny, a ja nie wiem, jak zdaniem taty mam go przenieść i wcisnąć w niewielką przestrzeń, którą mi wskazał. Chwytam za swoją połowę telewizora i wsuwam go do samochodu. On każe mi przesunąć go do tyłu. Jak to do tyłu? Nie wiem, czego ode mnie oczekuje. Wtedy zaczyna na mnie krzyczeć. Mój tata albo milczał, albo krzyczał. Nie wiem dlaczego, ale błyskawicznie przechodził od opanowania do wściekłości. Jego furii niemal zawsze towarzyszyły te słowa:

– Cholera jasna, co z tobą jest nie tak? Czy ty nic nie umiesz zrobić tak, jak trzeba?

 

Wykrzyczał je wtedy na podjeździe, trzymając telewizor. Nie mogłam go puścić i odejść, więc stałam tam, a tata się na mnie wyżywał. Ani razu nie usłyszałam przeprosin. Nigdy nie przyznał, że ma zły dzień albo gorszy moment.

 

Z czasem nauczyłam się wychodzić z dołka. Najpierw trzeba zauważyć, że się w nim utknęło. Oto mój sygnał ostrzegawczy: kiedy moje emocje nie pasują do bieżących wydarzeń, wiem, że chodzi o dzieciństwo. Nauczyłam się zatrzymywać ten moment, zupełnie jakbym wcisnęła przycisk „pauza” na filmie. Wtedy mówię sobie: „Zaraz, zaraz. Czy to jest reakcja na to, co dzieje się teraz, czy chodzi o przeszłość? Nie potrafię zmienić przeszłości. Ale zmieniając swoją reakcję na jej okruchy, mogę zmienić teraźniejszość”.

 

Pewien terapeuta pokazał mi świetną metodę obrony przed atakami dzieciństwa. Weź kartkę papieru. Wypisz na niej dowody na to, że jesteś dorosły i radzisz sobie z życiem. Zapisz swój wiek, poziom wykształcenia, tytuły naukowe, stanowisko pracy, umiejętności, takie jak prowadzenie samochodu i wychowywanie dzieci. Zapisz, że możesz głosować i robić inne rzeczy, które robią dorośli ludzie. Kiedy poczujesz, że balansujesz nad przepaścią, wyjmij tę kartkę i przeczytaj ją. Zakorzeń się w teraźniejszości, skoncentruj się na dorosłej osobie, którą jesteś dziś, zamiast na dziecku, którym byłeś kiedyś. To pomoże ci odzyskać grunt pod nogami.

 

Na drugiej stronie kartki zapisz namiary na swoją ekipę ratunkową. Wymień przyjaciół, do których możesz zadzwonić w chwili kryzysu, żeby pomogli ci wyjść z dołka. Wybierz najbliższych ci ludzi, tych, którzy kochają cię najbardziej, takim jakim jesteś. Ludzi, którzy nie przestraszą się twojej ciemnej strony. Ludzi, którzy pomogą ci wydostać się na powierzchnię.

 

Zmiana sposobu myślenia o sobie wymaga pracy, ale jeśli ci się to uda, wszystko w twoim życiu zmieni się na lepsze – zwłaszcza najintymniejsze związki. Jeśli nie podejmiesz się tego trudnego zadania, wciąż będziesz się borykać z przeszłością i odnajdywać najgorsze cechy swojej mamy i swojego taty w każdym partnerze. Dzięki zmianie sposobu myślenia nie pozbędziesz się ran z dzieciństwa, ale przestaniesz je rozdrapywać.

 

Moi przyjaciele z terapii opowiedzieli mi taką historię:

Pewnej nocy pijak wychodzi z baru i w drodze do domu wpada w głęboką dziurę na drodze. Nie potrafi się z niej wydostać. Jakiś przechodzień wrzuca do środka Biblię, cytuje werset z Pisma Świętego, żeby dodać uwięzionemu nadziei i odchodzi. Terapeuta zatrzymuje się i próbuje pomóc pijakowi zrozumieć, dlaczego w ogóle wpadł do tej dziury. W końcu jego krzyki słyszy zdrowiejący alkoholik.

– Czy możesz mi pomóc? – woła mężczyzna z rowu.

– Pewnie! – odpowiada trzeźwy i wskakuje do środka.

Pijak wrzeszczy:

– O nie, teraz obaj utknęliśmy w tym rowie!

Trzeźwy uśmiecha się i odpowiada:

– Nie martw się. Już tu byłem. Wiem, jak się stąd wydostać. Wyjdziemy razem.

 

Nie chodzi tylko o to, żeby omijać tę dziurę z daleka. Ani o to, żeby szybciej się z niej wydostawać. Chodzi o to, żeby ją zasypać, tak by już nikt do niej nie wpadł. Czym można ją wypełnić? Bogiem. Innymi słowy, miłością: miłością do siebie, miłością do innych, miłością do Boga.

 

Kiedy ostatni raz wydostałam się z dołka pod tytułem: „Nie jestem dość dobra”, modliłam się: „Jak mam uwierzyć w to, że jestem dość dobra?”. W głębi duszy usłyszałam cichą odpowiedź: „Pomagaj innym uwierzyć w to, że oni są dość dobrzy”.

 

Przekład: Olga Siara

 

 


Podziel się
oceń
6
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

niedziela, 22 października 2017

Licznik odwiedzin:  129 526  

O książce


50 wskazówek. 50 lekcji, w których autorka przeplata własne przeżycia z doświadczeniami ludzi spotkanych na swojej krętej drodze. „Bóg nigdy nie mruga” to książka napawająca mądrym optymizmem.

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Archiwum

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Statystyki

Odwiedziny: 129526