Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 094 678 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O autorce

Regina Brett w wieku 50 lat napisała felietony o 50 lekcjach, które dało jej życie. Autorka przeplata własne przeżycia z doświadczeniami ludzi spotkanych na swojej krętej drodze; przywołuje ważne d...

więcej...

Regina Brett w wieku 50 lat napisała felietony o 50 lekcjach, które dało jej życie. Autorka przeplata własne przeżycia z doświadczeniami ludzi spotkanych na swojej krętej drodze; przywołuje ważne dla siebie postaci, znaczące książki i filmy, inspirujące modlitwy i wypisy z lektur; przypomina o sile psalmów i prostych sentencji. Regina Brett pisze od 1986 roku. Za felietony drukowane na łamach największej gazety w Ohio, „The Plain Dealer”, otrzymała wiele krajowych i stanowych nagród. Była też dwukrotnie nominowana do nagrody Pulitzera w dziedzinie reportażu.

schowaj...

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to

Ewa Błaszczyk czyta lekcję 42.

środa, 06 lutego 2013 15:15

 

Posłuchaj, jak Ewa Błaszczyk czyta kolejny fragment ze zbioru niezwykłych felietonów Reginy Brett „Bóg nigdy nie mruga”. Tym razem lekcja zatytułowana: „Pozbądź się wszystkiego, co nie jest pożyteczne, piękne lub radosne”.

 


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Lekcja 42.

środa, 19 grudnia 2012 15:41

 

Pozbądź się wszystkiego,

co nie jest pożyteczne, piękne lub radosne

 

Wyrzucanie czegokolwiek jest wbrew mojej naturze. Moi rodzice wychowywali się podczas Wielkiego Kryzysu, dlatego wszystko chomikowali. Zaznawszy biedy w dzieciństwie, nauczyli nas nigdy niczego nie wyrzucać. Garaż taty był świątynią gospodarności, piwnica mamy – kaplicą oszczędności. Dziurawe skarpety? Przydadzą się na szmaty. Poplamione koszule? Można je nosić pod swetrem. Dżinsy z przetartymi kolanami? Nadadzą się na szorty.

 

Wystarczy otworzyć moją szafę, żeby się przekonać, że jestem ich nieodrodną córką. Chciałabym zrobić tam porządek, ale powstrzymują mnie przed tym wszystkie dawne Reginy, na które natykam się między wieszakami.

 

Regina sportsmenka nie potrafi się rozstać z nakolannikami, butami siatkarskimi, łyżworolkami, łyżwami i całą kolekcją staników sportowych, które utwierdzają ją w przekonaniu, że wciąż ma szansę na karierę sportową, choć nie zrobiła jeszcze żadnego kroku w tym kierunku.

 

Modna Regina ma czarną spódniczkę z lycry, która wygląda wspaniale przez pierwsze trzy godziny. Rozciąga się odpowiednio, żeby pomieścić siedzenie – niestety, nie ściąga się z powrotem, więc kiedy wstaje, wygląda jakby schowała pod spódnicą dwóch pierwszoklasistów.

 

Młodsza Regina wyglądała świetnie w stroju cheer­leaderki, czyli szarej, plisowanej z przodu mini. Czas się pożegnać z nią i z butami za osiemdziesiąt dolarów na dwunastocentymetrowym obcasie, w których ma wrażenie, jakby chodziła na szczudłach po lodzie.

 

Seksowna Regina jest przekonana, że kiedyś będzie wyglądała identycznie jak kobieta z billboardu z reklamą bielizny, jeśli tylko włoży czarny usztywniany biustonosz albo czarną elastyczną halkę, w której musi być na wdechu.

 

Nostalgiczna Regina zachowuje wszystkie przedmioty, z którymi wiąże się jakaś historia, na przykład czapeczki baseballowe dla panny młodej i pana młodego, które dostaliśmy w prezencie ślubnym. Czy możemy je jeszcze nosić? Przecież nadal czujemy się jak nowożeńcy. Albo jaskraworóżową tunikę, którą miałam na sobie, gdy poznałam mojego przyszłego męża. On twierdzi, że to była miłość od pierwszego wejrzenia. Dzięki Bogu, miłość jest ślepa.

 

W końcu Regina realistka przejmuje stery i postanawia, że czas pozbyć się wszystkiego, czego nie założyłam od pięciu lat. Układam stertę rzeczy do oddania. Góra ubrań rośnie. Po wszystkim czuję się jak nowo narodzona. Uporządkowałam swoje życie. A przynajmniej szafę.

 

Kilka lat później wzięłam się za cały dom, bo nasze rupiecie namnożyły się niekontrolowanie i zaczynało brakować miejsca dla nas. Święty Benedykt napisał kiedyś, że nieużywane ubrania, które trzymamy w piwnicach, na strychach i w szafach, należą do biednych. Nie jestem pewna, czy biedacy marzyli o dziesiątkach różowych koszulek, które zebrałam przez lata marszów na rzecz walki z rakiem piersi, ale i tak je im przekazałam.

 

Przez trzy miesiące pracowałamjak oszalała, odgruzowując dom od góry do dołu. Zaczęło się od tego, że wyrzuciłam dwa paskudne krzesła: musztardowożółte krzesło biurowe oraz krzesło stołowe w stylu wczesnoamerykańskiej brzydoty. Kiedy postawiłam je obok śmietnika do wywiezienia, zauważyłam, że sąsiedzi urządzają w domu wyprzedaż z okazji przeprowadzki.

 

Widząc, że mam potencjalnych nabywców, wystawiłam przed dom wszystkie rupiecie z piwnicy. Stary stolik kawowy, świetlik dachowy, fotel bujany, wieżę stereo i zabytkową zieloną marmurową lampę, którą kiedyś sama zgarnęłam sprzed czyjegoś domu. Wystarczyło zamontować kabel z wtyczką, żeby móc z niej korzystać, ale przeleżała rok w piwnicy i nikt się do tego nie zabrał, więc trafiła na wyprzedaż.

 

Lampę natychmiast złapał mój sąsiad. Piętnaście minut później stała już przy jego śmietniku. Żona nie wpuściła go z nią do domu. Okazuje się, że czasem rupieć nie zasługuje na drugie życie.

 

Wyrzuciłam rękawiczki i skarpetki bez pary, nadgryzione przez mole kapelusze i szale, świeczki, które stopiły się w piwnicy, i materiał na sukienkę, który dwadzieścia lat wcześniej przypięłam szpilkami do wykroju. Nawet nie wyciągnęłam z niego szpilek.

 

Przeglądając dobytek, zadawałam sobie cztery pytania: Czy to mi się jeszcze przyda? Czy to mi się jeszcze podoba? Czy to wzbogaca moje życie? Gdybym mogła to dostać za półdarmo na wyprzedaży garażowej, czy chciałabym to mieć? To ostatnie pytanie było decydujące. Prawie wszystko poszło do wyrzucenia.

 

Wystawiłam swoje rzeczy przed dom, a nieznajomi je stamtąd zabrali. Do południa nie było po nich śladu. Teraz dom wydawał się gotowy. Na co? Byłam pewna, że wkrótce się przekonam.

 

Dzięki takim porządkom uwalniamy się od przeszłości. Na co robimy miejsce? Na nowe sposoby spędzania wolnego czasu, nową miłość, nowe pomysły i nowy spokój ducha. Na nowe zainteresowania, nowych przyjaciół, nowe cele. Kiedy pozbędziesz się nadmiaru rzeczy, będziesz mógł cieszyć się istotą życia, wszystkim, co piękne i ważne, co wzbogaca twoje życie.

 

Kiedy wreszcie pożegnasz się z osobą, którą byłeś kiedyś, odkryjesz osobę, którą jesteś dziś, i osobę, którą chcesz się stać.

 

Przekł. Olga Siara


Podziel się
oceń
8
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Ewa Błaszczyk czyta lekcję 26.

wtorek, 11 grudnia 2012 10:36

Lekcja 26.

poniedziałek, 10 grudnia 2012 15:47

 

Każdą tak zwaną katastrofę kwituj słowami:

„Czy za pięć lat to będzie miało jakieś znaczenie?”

 

 

Przyjrzyj się temu, co dziś nazywasz problemem, katastrofą albo kryzysem, i zadaj sobie następujące pytanie: Czy za pięć lat będzie to miało jakieś znaczenie?


Odpowiedź najczęściej brzmi: „nie”.


Przypomnij sobie studia. Mnie zrobienie licencjatu zajęło dwanaście lat. Czy fakt, że trwało to tak długo, ma dziś jakiekolwiek znaczenie? Nie.


Chciałam zostać strażnikiem leśnym i musiałam zaliczyć dwadzieścia pięć godzin chemii. Oblałam pierwsze zajęcia. Potem dostałam słabą ocenę z zoologii i z psychologii dziecięcej. Uznałam to wówczas za porażkę. A potem było jeszcze gorzej. Zaszłam w ciążę i rzuciłam szkołę. Ale kiedy wróciłam na studia sześć lat później, uniwersytet przyjął strategię „amnestii akademickiej”. Wykreślili mi te stopnie z indeksu. Voilà. Natychmiast podskoczyła mi średnia.


Zbyt często zadręczamy się błahostkami.


Strasznie boli cię głowa, masz okropne skurcze albo poważne zapalenie zatok, przez które z trudem zwlekasz się z łóżka. Przez całą noc przewracasz się z boku na bok, zastanawiając się, czy z powodu choroby wziąć wolne w pracy. Weź. Jakie znaczenie będzie miało za pięć lat, że zrobiłeś sobie wolny dzień?


Musisz złożyć referat, z którego nie jesteś w stu procentach zadowolony. Przygotowałeś go najlepiej, jak mogłeś, ale nie tak dobrze, jak planowałeś. Zamierzałeś napisać dziesięć stron, a wyszło tylko dziewięć. Wyluzuj się. Czy za pięć lat to będzie miało znaczenie?


Chciałabyś wrócić do pracy, ale karmisz dziecko piersią – boisz się więc, że gdy przestaniesz, to wywołasz u córeczki jakiś uraz. Czy nie poczuje się odrzucona? Czy butelka nie zniszczy więzi między matką i dzieckiem? Za pięć lat to nie będzie miało żadnego znaczenia. Ważne, że kochasz swoją córkę.


Dwuletni synek mojej przyjaciółki miał bzika na punkcie smoczka. Przysysał się do niego jak odkurzacz. Smoczek mógł zepsuć mu zgryz, ale matka martwiła się, jak mały będzie bez niego spać. W końcu oznajmiła mu, że wyśle smoczek dziecku, które bardziej go potrzebuje. Któregoś dnia jej synek się z tym pogodził i od tej pory nie miał już problemów z zasypianiem.


Rodzice stale przez to przechodzą. Zamartwiają się, bo ich dziecko jeszcze nie chodzi, a dziecko znajomych już tak. Jakie znaczenie będzie miało za pięć lat, czy pierwszy krok zrobiło mając dziewięć, czy czternaście miesięcy? Tak czy inaczej, nie będzie raczkować do przedszkola. To samo z nocnikiem. Rodzice denerwują się, że ich półtoraroczna pociecha ciągle nosi pieluchy albo zdarzają się jej wypadki w wieku dwóch lat. Spokojnie. Żadne dziecko nie idzie do pierwszej klasy w pieluszce.


Spróbuj tak podejść do rozmów o pracę, randek i stopni w szkole. Czy to będzie miało znaczenie za pięć lat? A za pięć minut? Raczej nie.


A jeśli chodzi o coś poważniejszego? Jeśli gra toczy się o wyższą stawkę? Jeśli od naszej decyzji zależy los innych ludzi? Zasada wciąż obowiązuje. Czasem trzeba się zatrzymać i zadać sobie pytanie: Co w tym zdarzeniu, problemie, incydencie okaże się najważniejsze za pięć lat? Właśnie tak postąpił pewien trener, udzielając swojej drużynie fantastycznej lekcji. Lekcja była trudna, ale jego zawodnicy nie zapomną jej do końca życia.


Kerry Coombs, trener drużyny futbolowej w Liceum Colerain w Cincinnati, poprowadził swój zespół do trzynastu zwycięstw w trzynastu meczach. Jego chłopcy zmiażdżyli poprzedniego przeciwnika 49 do 7. Zawodnicy wkładali w każdy mecz całą duszę i już tylko dni dzieliły ich od mistrzostw stanowych, które dla szkół średnich miały rangę Super Bowl. Gdziekolwiek pojawiał się trener, ludzie gratulowali mu sukcesów. Przez cały weekend myślał tylko o mistrzostwach.


Wszyscy ekscytowali się wielkim sobotnim meczem, dopóki pewien absolwent tej szkoły, oglądając skróty sportowe w telewizji, nie powiedział do matki:

– Ejże! Chodziłem z tym chłopakiem do ósmej klasy. Ciekawe, co on jeszcze robi w szkole średniej.


Matka, pracowniczka szkoły, zadała to samo pytanie szkolnemu psychologowi. Ten sprawdził dokumenty chłopca i okazało się, że zawodnik nie zdał w dziewiątej klasie i piąty rok chodzi do liceum. A to oznaczało, że nie może należeć do drużyny sportowej. Powiadomił o tym trenera, dyrektora i kuratora.


Poza tymi czterema osobami nikt nie wiedział, że chłopiec nie może grać. Nie miało znaczenia, że należał do drużyny futbolowej tylko dwa lata. Ani to, że miał problemy rodzinne i w dziewiątej klasie rzadko pojawiał się w szkole. Nie było ważne, że dawniej dostawał fatalne stopnie, a teraz wreszcie się podciągnął, nawiązał nowe przyjaźnie i starał się zrobić coś ze swoim życiem.


Reguły były jasne. Gdyby trener zgłosił to naruszenie przepisów władzom stanu, jego drużyna nie mogłaby zagrać w wielkim meczu.


– Nie była to łatwa decyzja – powiedział mi trenerCoombs. – Muszę szczerze przyznać, że chwilami w mojej głowie pojawiała się myśl: „Przecież wiedzą o tym tylko cztery osoby”. Ale ostatecznie nie mógłbym z tym żyć. Byłoby o wiele gorzej, gdyby nasi uczniowie dowiedzieli się, że świadomie zrobiliśmy coś złego, zatajając prawdę. Nie mógłbym już spojrzeć tym dzieciakom w oczy.


Szkoła zgłosiła naruszenie reguł władzom stanu. Potem trener wezwał wszystkich zawodników do audytorium. Wszystkich poza jednym. Drugi trener zawiózł gracza, o którego chodziło, do domu, żeby przekazać mu smutną wiadomość na osobności. Drużyna wiedziała, że sprawa jest poważna, bo trener Coombs poprosił, żeby się pomodlili. Kiedy powiedział zawodnikom, co się stało, w oczach stanęły im łzy. Potem trener zabrał wszystkich na boisko, żeby zakończyć sezon. Stali tam w swoich szkolnych mundurkach, otoczeni pustymi trybunami, i rzucali piłkę.


Zrobił to, co na jego miejscu zrobiłby każdy wielki trener. Zamienił tę sytuację w lekcję.


– Nikt nie umarł, nikt nie został ranny. Życie toczy się dalej – oświadczył. – Jeszcze nieraz spotka was taka przykrość i rozczarowanie jak dziś. Prawdziwą miarą człowieka jest to, jak po upadku podnosi się z ziemi.


Te wydarzenia odbiły się szerokim echem w lokalnej społeczności, a nazwisko zdyskwalifikowanego gracza powtarzano w telewizji, radiu i gazetach. Wydano nawet nakaz aresztowania, ponieważ okazało się, że nie spłacił równowartości skradzionych kiedyś przedmiotów. Nie miał pieniędzy. Trener zawiózł go na komisariat, żeby mógł się oddać w ręce policji. Chłopak był zdruzgotany. Trener też. Przedwcześnie zakończyć sezon futbolowy to jedno, ale patrzeć, jak życie młodego chłopaka legnie w gruzach, to co innego.


– Przeszedł taką długą drogę – powiedział trener. – Ludzie zapominają, że to jeszcze dzieciak. Może i skończył osiemnaście lat, ale nadal jest dzieciakiem.


Trenerzy byli tak zajęci podwożeniem go do szkoły, pomaganiem mu w odrabianiu lekcji i cotygodniowym sprawdzaniem jego stopni – ogólnie rzecz biorąc, budowaniem w chłopcu poczucia własnej wartości – że nikt się nie zastanawiał, czy może należeć do drużyny.


Co było dalej? Z całego stanu do szkoły napływało jedzenie, faksy i kwiaty. Nawet władze innych szkół średnich zaoferowały wsparcie. Ludzie przekazywali pieniądze, żeby zdyskwalifikowany uczeń mógł pokryć swoje zobowiązania.


Trener Coombs się na to nie zgodził. Poprosił za to, jak przystało na trenera:

– Lepiej dajcie mu pracę.


Sprawił, że dla drużyny był to zwycięski sezon, który zawodnicy zapamiętali na długo po ukończeniu szkoły. Wiedział, że za pięć lat, kiedy będą na uniwersytecie, stracony sezon futbolowy, który mógł im przynieść mistrzostwo stanu, nie wyda im się katastrofą. Okaże się lekcją uczciwości i szczerości, która przyda im się w życiu dużo bardziej niż jakiekolwiek zwycięstwo na boisku.

 

Przekł. Olga Siara

 

 

 


Podziel się
oceń
3
1

komentarze (2) | dodaj komentarz

Konkurs „Zaprojektuj idealny dzień” – wyniki

poniedziałek, 10 grudnia 2012 14:07

 

 

Pięć egzemplarzy książki Reginy Brett Bóg nigdy nie mruga znalazło swoich właścicieli. I musimy się do czegoś przyznać. Zwiększyliśmy pulę nagród. Książki wyślemy do sześciu osób! 

 

Konkurs „Zaprojektuj idealny dzień” ogłosiliśmy 5 grudnia – poprosiliśmy Was o podzielenia się z nami Waszymi pomysłami na idealny dzień. Taki wymarzony. 

 

Dziękujemy za wszystkie maile! Poznajcie nazwiska zwycięzców i przeczytajcie fragmenty kilku nagrodzonych prac. Są dawką pozytywnej energii na początek tygodnia!

 

 

„...właśnie zdałam sobie sprawę, że wczoraj zrealizowałam pomysł na wymarzony dzień. Tak, to był jeden z tych dni. Wymarzonych. Kiedy to można zapomnieć o sobie i całym bożym świecie, wyłączyć facebooka, wyciszyć telefon i zatracić się w pakowaniu prezentów dla dwunastki wspaniałych ludzi, którzy nie zawsze mają powód do uśmiechu. A wieczorem wywiesić prześcieradło w oknie, obrać kilogram mandarynek i obejrzeć film z projektora”.

 

„Mój idealny dzień? Mógłby to być poniedziałek rozpoczęty jeszcze przed wschodem słońca, który mogłabym podziwiać z kubkiem kawy na balkonie, bez narzekania, że zimno na dworze. Później bez pośpiechu mogłabym zająć się codziennością, zabawić się w panią domu, ugotować obiad – taki zdrowy, do celebrowania powrotu narzeczonego z pracy. A po południu chciałabym mieć czas na kakao i książkę. 

Mogłaby to być też środa. Spędzona z mamą na odwiedzaniu miejsc, o których zawsze obie opowiadamy, ale nigdy nie mamy czasu ich odwiedzić razem, bo nam nie po drodze, albo czasu zbyt mało.

(...) właśnie dociera do mnie istota treści – to nie są rzeczy tak ogromne, by nie dało się ich wcielić czyn, nie są to mrzonki nierealne ani bajkowe fikcje. To da się zrobić, tylko trzeba się zmobilizować, bo samo »chcieć« nie wystarczy.

 

„spacer z moją babcią, taką babcią, która mnie wychowała, babcią wszystkowiedzącą, najlepiej gotującą, najlepiej szyjącą i z największym sercem. Wiecznie coś: a to chora, a to się źle czuje, albo zapomina się o tym, że by się chciało, bo człowiek wiecznie zaganiany jakiś i nie myśli o tym, co dla ducha ważne. No i chciałabym tą babcię moją na spacer po Krakowie wziąć, Wawel jej pokazać, posiedzieć na kawie na Rynku, żeby sobie popatrzyła na te gołębie, których więcej niż u nas, na ludzi pędzących, żebym mogła jej kupić pyszne lody – chociaż ciągle dba o linię – i zabrać ją na zakupy i nie zastanawiać się, ile mogę wydać, tylko kupić jej jakiś szal obłędny i sweter, albo torebkę, którą do kościoła mogłaby zabierać, bo by była taka elegancka... no i na obiad iść i zamówić babci homara, albo coś dla niej kompletnie egzotycznego, żeby spróbowała, nawet gdyby miała całą resztę zostawić na talerzu, że niedobre”. 


 

 

Zgadzacie się z jedną z autorek, która pisze, że pomysły na idealny dzień często wcale nie są takie trudne do zrealizowania? Może warto wziąć dzień wolnego i po prostu zrobić to, na co ma się ochotę?

 

Powiecie pewnie – czy wypada brać dzień wolnego z tak błahego powodu? Cóż, chyba lepiej zgodzić się z Reginą Brett, która ze spokojem zapyta: A czy za pięć lat będzie to miało jakiekolwiek znaczenie?


 Ale czas już na wyniki. Miło nam ogłosić, że książki powędrują do:


Izabeli 

Georginy Gryboś

Magdy Wybrańskiej

Sabiny Szegi

Teresy Anny Oprawy

Małgorzaty Gołko

 

Gratulujemy! I czekamy na Wasze adresy (wysyłajcie je na konkursy@insignis.pl).

 


Podziel się
oceń
3
2

komentarze (1) | dodaj komentarz

środa, 23 kwietnia 2014

Licznik odwiedzin:  21 203  

O książce


50 wskazówek. 50 lekcji, w których autorka przeplata własne przeżycia z doświadczeniami ludzi spotkanych na swojej krętej drodze. „Bóg nigdy nie mruga” to książka napawająca mądrym optymizmem.

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

Archiwum

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Statystyki

Odwiedziny: 21203